[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wnętrznościach trzonkiem od szpadla, a potem owija je wokół kolczaste o kaktusa. Albo coś w tym
stylu.
- Zwieże pustynne powietrze! Zapach dziczy! Woń skóry! Dotyk porządnego ubrania na ciele!
entuzjazmował się Chinger.
- Zamknij się, Chinger, albo cię zastrzelę! powiedział Bill.
Dyliżans, który ich zabrał, jechał do Mulch Gulch Falls - a przynajmniej tak twierdził woznica.
Bill nie miał zielonego pojęcia, jakie znaczenie może mieć mieścina dla kosmicznego rozwoju
wydarzeń, które mogły być ich przeznaczeniem. Chciał tylko jak najprędzej zejść z tego
prymitywnego środka lokomocji, idącego po prostu odmianą maszyny do tortur. I wlać
zapiaszczonego gardła szklankę zimnego - może wet alkoholowego - napoju. A pózniej - Irma!
Ach tak! W końcu ją znalazł. Serce załomotało mu od dyspeptycznie wywracającym się żołądkiem.
Stary pryk u jego boku hałaśliwie żuł prymkę tytoniu, pryskając żółtą śliną z kącików ust.
- Taa! - powiedział. - Co za traf, że spotkam was, ludziska, na tej pustyni! Do Mulch Gulch Falls
spory kawałek, a szlak bez krztyny wody, tak panie!
- Naprawdę jesteśmy wdzięczni, mister. Szcze gólnie, że nie mamy pieniędzy, ani nic.
- Macie broń, to wystarczy.
Kolejny bryzg śliny oślepił susła wyglądającego z nory.
- Nie minął tydzień, jak straciłem mojego strzelca, Jeba Hawkinsa. Indiańce. Apacze.
Naszpikowali go strzałami jak jeżozwierza! Taa, przyda mi się strzelec u boku, zwłaszcza jak jadę
do najgorszego miasta na terytorium.
- Mulch Gulch? Najgorsze? - powtórzył Bill jak nerwowa papuga.
- Jasne! Tam siedzi najgorsza banda wyrzutków na zachód od Mesjachusa.
- Ojejku! A co to za jedni, mister? - spytał Bgr. - Fajną masz maskotkę, wspólniku. I podoba mi
się, jak robisz za brzuchomówcę. - Alf Bob podrapał się po pośladkach, a potem trzasnął w zad
obijającego się konia, precyzyjnie zabijając przy tym dużego gza. - To będą Frank i Jesse
Jismowie, chłopcy. Słynna banda braci Jism. Wciąż wjeżdżają do miasta, strzelając na prawo i
lewo, a potem przemocą składają swoje łupy w Pierwszym Powierniczym Banku Płodności i Jaj
stanu Wyoming. Mają niesamowitą frajdę, pompując forsę w ten bank, zamiast rabować go! Robią
to dla draki - bo to i tak nielegalne. A jeśli spróbujesz ich powstrzymać... Podziurawią cię z
miejsca!
Bill postawił oczy w słup i pożałował, że jeszcze żyje.
Uciec z Fontanny Hormonów tylko po to, żeby wpaść w jeszcze gorsze bagno.
- Ojejku! Chyba nie mówisz o Chismach, co? pytał Bgr.
- Nie! Mówię o Jismach. Co, nie słyszysz, jak mówię, chłopcze? Czyżbym miał złą "dyrekcję"?
Alf Bob uderzył dłonią w kolano i zaniósł się śmiechem. - Boże litościwy! A z tego, co ostatnio
słyszę, najwredniejszy bandyta na wschód od Mesjachusa właśnie przyłączył się do bandy. Pewnie
słyszałeś o nim, Bill. Ma tak samo na imię! To William Boner. Zwany Billy the Kidney!
Podniecony Chinger podskoczył na ławce, odłupując drzazgi.
- Ojejku! To tam! To właśnie to miejsce!
- O czym ty gadasz, do licha? - wybełkotał Bill przez gorzką kulę podchodzącą mu do gardła.
- Delazny ciągle opowiadał o tym, co powinno być w samym centrum Fontanny Hormonów. O
paradygmacie ludzkiego heteroseksualizmu. Słyszałem, jak wspominał o bandzie Jismów i Billym
the Kidneyu! Teraz wszystko nabiera sensu, no nie, Bill?
- Może mógłbyś zamknąć się na chwilę i dać mi spokojnie umrzeć - zaproponował Bill.
- Pomyśl tylko. Zapomnij o stanie twojego układu trawienia i pomyśl o gwiazdach! Myśl o
symbolicznym wyobrażeniu realnych mocy, kawalerzysto! Zuchwały atak męskich zasad na
kobiecą krainę! To tutaj wszystko bierze swój początek! Jeśli zdołam wyłączyć Franka, Jessa i
Billa, chingerska wojna zakończy się, a wy, ludzie, staniecie się mili, przyjazni i uprzejmi, co -
nawiasem mówiąc - będzie niezwykłą odmianą!
- Czy nie zapomniałeś o doktorze Delaznym? On nadal gdzieś tu węszy!
- Mam moje wierne kolty, hombre! - wrzasnął Chinger, wymachując rewolwerami. - Załatwię
tego spryciarza! Oszukał mnie i całą chingerską armię! Nafaszeruję go ołowiem!
Bill wcale nie był tego pewien. Jeżeli nie umrze od razu, chciał tylko zsiąść z kozła. I trzymać się
jak najdalej od wszelkich awantur. Miał dość.
- Jak uważasz, Chinger. Jednak jeśli nie znajdzie mnie Kawaleria, to chyba osiądę gdzieś z Irmą
i zacznę hodować wieprzostwory lub inne miłe zwierzątka.
- To dziwne, że tak gadasz ze sobą - rzekł Alf Bob. - Jednak dam ci radę. Ludzie, którzy stają na
drodze bandzie Jismów, zawsze kończą na Shoe Hill!
- Chciałeś powiedzieć "Boot Hill", no nie, stary wygo? - pytał Bill, przypomniawszy sobie
komiks pod tytułem Największe strzelaniny Dzikiego Zachodu.
- Do diabła, nie! Tamto jest w Dodge City. Masz mnie za durnia, czy co?
Bill przeprosił i stanowczo zaproponował Bgrowi, żeby trzymał dziób na kłódkę do końca
podróży. Może sam powinien zamknąć oczy i zapomnieć o tym, co wyprawia jego żołądek. Jednak
kiedy zapadał w drzemkę, obudził go znajomy głos.
- Bill!
Bill otworzył oczy i wychylił się z kozła. Irma wyglądała przez okno, patrząc na niego i
zabawnie się krzywiąc.
- Tak, mój pustynny kwiatuszku, najsłodsza różyczko preriowa - usłyszał swój głos. Obrzydliwe.
Pewnie tak tu się mówi.
- Nie podoba mi się tutaj. Jest ciasno. Czy mogę usiąść obok ciebie?
- O rany...! Nie wiem, kochanie!
- Twoja dama chce tutaj usiąść? Jasne! Tyle że będzie musiała siąść mi na kolanach!
Niechlujny staruch zachichotał.
Bill przekazał wiadomość Irenie, która jednak postanowiła zostać w dyliżansie.
Słońce było jak pierzasta czerwona kula na purpurowym horyzoncie, kiedy w polu widzenia
pojawiły się budynki Mulch Gulch, sterczące w niebo jak spróchniałe zęby w wykręconej szczęce.
Kurz w powietrzu zasnuł wszystko krwawym oparem, który nakrył przedmieścia Gulch (jak [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lastella.htw.pl
  •